Chodź, potulimy się... / Nosidełko Ergonomiczne Baby Tula

Chodź, potulimy się... / Nosidełko Ergonomiczne Baby Tula

nosidełko tula


Jeszcze, gdy Lili siedziała sobie bezpiecznie u mnie w cieplutkim brzuszku zawarłyśmy pewną umowę. Wiecie, taką jak dziewczyna z dziewczyną. A my nie z tych, co rzucają słowa na wiatr! O nie! Dlatego obietnicy dotrzymałyśmy i trwamy w niej już prawie pięć miesięcy. No, więc umówiłyśmy się tak po babsku, że będziemy się często tulić. Tak bardzo mocno, aż do utraty tchu. :) I tulimy się z całych sił, nosimy się też przy okazji. I choć moje ręce czasami wydłużają się niczym szyja u żyrafy, to nie żałuję ani sekundy, że nie posłuchałam dobrych rad cioteczek, że nie noś, no mówię, nie noś, bo przyzwyczaisz i wtedy to zobaczysz, będziesz nosić. Noszę, a co! I tulę, bo moje dziecię tego chce i potrzebuje, a dla mnie to kolejny sposób na okazanie miłości i bezwarunkowego oddania. 


Gdy jeszcze Lilka była sobie w tym okrągłym baloniku, pod moim sercem, to czułam, że tak będzie. No, że przyzwyczaję i że ta mała cwana lisiczka będzie na nas wymuszać krzykiem i minkami, aby ją nosić. Właśnie wtedy trafiłam na stronę Tuli - firmy, która produkuje nosidełka i chusty dla maluszków. Zobaczyłam i zakochałam się! Wiedziałam, że to będzie taka moja macierzyńska zachcianka, na którą sobie pozwolę. Ale...


No właśnie, dlaczego jeszcze nie mam Tuli? Otóż początkowo Lili była według mnie za malutka na nosidełko i czułam, że musimy jeszcze trochę poczekać. Potem nadszedł czas naszych wymarzonych wakacji (relację z pobytu nad morzem możecie przeczytać TU) i wiedziałam, że spacery po plaży będą niemożliwe bez odpowiedniego nosidełka. I już, już prawie kupiliśmy, ale... Zaczęłam się głowić, czy taki zakup tuż przed wyjazdem to odpowiednia decyzja. Musicie wiedzieć, że Tula jest dość droga (to koszt około 500 zł), a ja obawiałam się, czy Lila polubi taką formę noszenia. I wtedy z pomocą przyszła mi wypożyczalnia nosidełek. Nie wahałam się, postanowiłam, że to będzie nasza próba. 


nosidełko tula


Córeczka bardzo polubiła taką Tulową bliskość, a my spokojnie mogliśmy spacerować brzegiem morza. I choć pozycja, którą narzucało nosidełko to zalecana pozycja żabki, my jednak staraliśmy się, aby Lilunia nie była zbyt długo w nosidle. Niemniej nosidełko podczas naszego wyjazdu to był strzał w dziesiątkę - nie wyobrażam sobie pchania wózka po piachu, tak samo jak odpuszczenia spacerów po plaży. 


Po powrocie do domu, nosidełko zostało zwrócone, a my nadal tulimy się naturalnie, bez wspomagaczy. Dlaczego? To dość proste, przekonaliśmy się, że na co dzień nosidełko to dla nas dość zbędny wydatek. Jesteśmy w tej komfortowej sytuacji, że tatuś Lilki jest często z nami i to on zajmuje się zakupami, pomaga mi również z wynoszeniem wózka, gdy wybieramy się na spacer (mieszkamy na drugim piętrze w bloku bez windy). Gdybym zostawała z małą sama od poniedziałku do piątku i miała na dodatek psa do wyprowadzania, Tula sprawdziłaby się doskonale. Co więcej, byłaby niezbędna! A tak dajemy radę. :) 


Jednak jeśli Ty, droga mamo szukasz czegoś, co pozwoli Ci szybko wyjść z maluchem z domu, a musisz robić to często; a może Twój dzidziuś lubi się tulić, a Ty masz całą listę domowych obowiązków do wykonania, to sądzę, że nosidełko Tula może być tym, czego potrzebujesz. 


nosidełko tula


Na zakończenie mam dla zainteresowanych kilka informacji:
  • nosidełka Tula kosztują zazwyczaj powyżej 400 zł;
  • dla maluszków poniżej 6 kg potrzebna jest wkładka niemowlęca, którą należy dokupić (my również z niej korzystaliśmy podczas noszenia);
  • nosidełko jest miękkie i bardzo łatwe w obsłudze - myślę, że poradziłabym sobie sama z włożeniem i zapięciem Lilki do nosidełka;
  • nosidełka Tula pozwalają dzidziusiowi na przyjęcie naturalnej pozycji żabki z zaokrąglonymi pleckami;
  • do nosidła dołączony jest kapturek, który jest bardzo dobrym rozwiązaniem w wietrzny dzień; ma również kieszonkę, w której można schować np. klucze.

* * *

Gdy widzę rodzica niosącego malucha, który biedny zwisa bezwładnie w nosidle, a jego cały ciężar opiera się na kroczu, to czuję ból tego dziecka i głupotę dorosłego. Nie potrafię zrozumieć, dlaczego ktoś świadomie decyduje się na wyrządzeniu krzywdy takim małym istotkom. Dlatego po wypróbowaniu nosidełka ergonomicznego Tula z pełnym przekonaniem poleciłabym tę formę bliskości. Jednak we wszystkim należy znaleźć umiar i na co dzień wolę, aby moje ręce wydłużały się jak kilometry na autostradzie podczas dźwigania mojej dziewczynki. 


A Wy jak się tulicie? Czy rodzicielstwo bliskości jest dla Was równie ważne, jak dla nas? My jesteśmy z tych miętusowych i tulaśnych... :) 


_______________________________________________

Chciałabym nadmienić, że tekst ten nie jest sponsorowany, a nosidełko wypożyczyłam we własnym zakresie. 



Cześć! Mam na imię Ola i jestem książkoholikiem...

Cześć! Mam na imię Ola i jestem książkoholikiem...

do-utraty-tchu


Tak, czas się przyznać - książki są moim nałogiem. Wypełniają mój świat i nie wyobrażam sobie, abym zrezygnowała z tej pasji. Z literaturą związany był kierunek moich studiów, to ona jest najważniejsza w mojej pracy, przy niej odpoczywam, o niej piszę i uwielbiam rozmawiać. Marzę o tym, aby Lilka pokochała książki równie mocno, jak ja. Dlatego już od początku staram się jej czytać, oglądamy razem kolorowe ilustracje, pozwalam jej przewracać kartki - choć robi to jeszcze bardzo nieporadnie, ale tak uroczo, że moje polonistyczne serce wypełnia szeleszcząca radość. :) 


Dlaczego o tym wszystkim piszę? Jakiś czas temu Kasia z bloga Na regałach zaprosiła mnie do zabawy Libster Blog Award, dzięki której czytelnicy mogą poznać bliżej blogerów. Przyznam się, że to pierwszy raz kiedy będę w tak bezpośredni sposób opowiadać o sobie. Choć w każdym napisanym tekście odkrywam przed Wami jakąś cząstkę siebie, to teraz mam za zadanie odpowiedzieć na konkretne pytania, które przygotowała mi Kasia. Bardzo się cieszę, że dzięki Kasi nadal pozostaję w czytelniczych kręgach. Dziś zdradzę Wam, co mi w mojej literackiej duszy gra. Gotowi? No, to zaczynamy! :)


książki



Jaka była najpiękniejsza książka o miłości, którą przeczytałaś?

Z pewnością była to książka Wichrowe Wzgórza Emily Brontë. Uwielbiam tę historię! To opowieść o niezwykłym uczuciu, ale jednocześnie jest w niej tyle okrucieństwa, nienawiści, zazdrości i rywalizacji. Brontë w doskonały sposób ukazała prawdziwą ludzką naturę. Miłość jawi się tu w sposób szalony, gwałtowny i niebezpieczny, idealnie romantyczny. Do dziś pamiętam jak po raz pierwszy chłonęłam każde słowo tej powieści, wzruszałam się, a jednocześnie miałam gęsią skórkę podczas czytania mrocznych fragmentów. Tak, Wichrowe Wzgórza i nieobliczalny Heathcliff to zdecydowanie moje literackie klimaty.

Ponadto musicie wiedzieć, że ja przepadam za książkami o miłości. Namiętnie się w nich kocham. Jednak nie mam na myśli tylko i wyłącznie miłości damsko-męskiej, bo jeszcze bardziej intrygują mnie powieści, które pokazują jak ogólnie trudnym uczuciem jest miłość. Do każdego - rodziców, dzieci, rodzeństwa, przyjaciół. Głęboko wierzę, że nie ma nic ważniejszego w życiu niż miłość. To ona dodaje skrzydeł, to nią oddycham każdego dnia, to dzięki niej żyję. 



Zawsze kończysz zaczętą już książkę?

Kiedyś z pewnością odpowiedziałabym, że tak. Dziś jednak szkoda mi czasu na czytanie lektur, które nie zajmują mnie w zupełności. Książki mają być dla mnie rozrywką, sprawiać mi przyjemność, skłaniać do refleksji, odkrywać nieznane. Jeśli nie otrzymuję tego, czego oczekuję - odkładam na półkę i sięgam po kolejną. Przecież jest jeszcze tyle do przeczytania!



Po literaturę jakiego kraju sięgasz najczęściej i najchętniej?

Zupełnie nie sugeruję się pochodzeniem autora podczas wyboru książki. Lubię czytać, gdy akcja toczy się w Nowym Jorku, w angielskim miasteczku, w paryskich kawiarniach... Jednak to nie jest decydujący czynnik, który sprawia, że sięgam po daną powieść. Zazwyczaj czytam blurb (opis książki umieszczony na tylnej stronie okładki), potem sprawdzam opinię na lubimyczytac.pl i wtedy już wiem, czy to lektura dla mnie. Mam również autorów, po książki których sięgam w ciemno. 



Jakie jest Twoje największe marzenie związane z książkami?

Pewnie jak każdego książkoholika - napisać własną! :D Jednak dziś z pewnością wystarczy mi to, że dzięki Uli z bloga Pełen Zlew stałam się bohaterką książki! Tak, moi drodzy, wystąpiłam w książce dla dzieci pt. Czytuś odkrywa tajemnice. Skąd się biorą książki?, a o której możecie przeczytać TU


książki



Ulubiona para książkowa (niekoniecznie miłosna)?

Hmmm ulubiona? Nie mam konkretnej, takiej, która według mnie jest idealnie rozpisana. Jednak bardzo podobała mi się relacja Rosie i Alexa z książki Love, Rosie Cecelii Ahern. Przyjaźń pomieszana z miłością i okraszona niebanalnym poczuciem humoru. Zarówno książkę, jak i film naprawdę polecam!



Najładniejsza wizualnie książka, którą posiadasz w swojej biblioteczce?

Z tym mam mały problem, bo książek nie posiadam (oprócz nielicznych egzemplarzy). :( Naprawdę, wszystkie książki, jakie czytam pochodzą z biblioteki. Z pewnością dlatego, że dzięki mojej pracy mam nieograniczony dostęp do książek. Jednak kiedyś, gdy przeprowadzimy się do większego mieszkania, będę miała swoją biblioteczkę. Wiecie, taką z białymi regałami, podświetloną małymi lampeczkami i wygodnym fotelem. ♥  I gdy już będę miała te białe regały, światełka i fotel, to wtedy z pewnością w mojej biblioteczce znajdzie się piękne wydanie klasyki romansu. 




Podaj 5 tytułów, które bardzo chciałabyś przeczytać, ale z różnych powodów boisz się za nie zabrać.

Zazwyczaj, gdy chcę coś przeczytać, to czytam. Tak po prostu. Jednak ze wstydem przyznaję, że mam okropne braki w klasyce literatury i bardzo mnie to smuci. Wierzę, że kiedyś znajdę czas na to, aby je nadrobić. I gdybym miała wskazać książki, które chciałabym przeczytać to byłyby to:

  • książki Jane Austen (z ogromnymi wypiekami zawstydzenia przyznaję, że nie przeczytałam jeszcze żadnej powieści Austen, a ekranizację Dumy i uprzedzenia z Keirą Knightley uwielbiam);
  • Harry Potter J. K. Rowling (uwielbiam ekranizację i oglądam za każdym razem, gdy jest powtórka w TV, ale z czytaniem wciąż się wstrzymuję. Mam ogromną chęć poznać historię małego czarodzieja z Lilką);
  • Władca Pierścieni i Hobbit J. R. R. Tolkien (jak wyżej);
  • chciałabym nadrobić zaległości w lekturach Dickensa, Tołstoja i Dumasa. 



Jaka jest Twoja ulubiona pora dnia na czytanie książek?

Obecnie czytam wtedy, kiedy śpi Lili. Jej drzemki tworzą plan mojego dnia i to im podporządkowuję wszystko, co robię. Jednak mam to szczęście, że posiadam umiejętność czytania w każdych warunkach i o każdej porze dnia. Dlatego bez problemu czytam na spacerze (i nie mam tu na myśli wygodnej ławeczki, a czytanie podczas spacerowania), czytam gotując, czytam pijąc kawę, czytam jadąc autobusem/pociągiem (teraz bardzo rzadko mi się to zdarza, ale po powrocie do pracy nadrobię zaległości), czytam w łóżku... Mogłabym tak wymieniać w nieskończoność. :) 


książki



W jaki sposób piszesz recenzje, wpisy na bloga? Sporządzasz notatki, czy może po prostu siadasz i od razu piszesz gotowy tekst na bloga?

Wszystko, co piszę, robię bardzo spontanicznie. Bywa tak, że budzę się o 5 rano i szybko spisuję zdania, które pojawiają się w mojej głowie. Moje teksty są odzwierciedleniem tego, co mi w danym czasie chodzi po głowie. Stąd emocjonalny, często bardzo osobisty wydźwięk moich postów. Nie sporządzam zazwyczaj żadnych notatek. Zapisuję zaś w telefonie, w notatniku pomysły na nowe wpisy, a podczas czytania robię zdjęcia odpowiednim fragmentom, które mogą być przydatne podczas pisania recenzji. Ponadto staram się pisać o książkach na bieżąco, gdy wrażenia po lekturze są jeszcze świeże, emocje wciąż żywe, a bohaterowie na wyciągnięcie ręki. 



Z jakiego wpisu na swoim blogu jesteś najbardziej dumna i dlaczego?

Z ponad 120 wpisów nie usunęłabym żadnego. Naprawdę! Każdy tekst tworzyłam z sercem i nie wstydzę się ani jednego. Jednak najbardziej cieszą mnie te, w których piszę o rodzinie i miłości. Bardzo lubię snuć historie o codzienności, która według mnie ma w sobie coś magicznego. Dlatego z ogromną przyjemnością zapraszam Cię do przeczytania szczególnie tych tekstów:


Dlaczego prowadzisz bloga?

Mój blog powstał z miłości do książek, do pisania, do życia. Po studiach brakowało mi rozmów o czytaniu. Praca w niewielkim stopniu zaspokoiła moje pragnienia o literackich dyskusjach, ale wciąż czułam, że mam więcej do powiedzenia. Chciałam pisać o pasji do dnia codziennego. Od ponad roku kolekcjonuję te ulotne chwile i jestem przeszczęśliwa, że jesteś tu ze mną, że czytasz, dzielisz się ze mną swoimi spostrzeżeniami. Jestem Ci naprawdę wdzięczna!


***


Muszę przyznać, że odpowiadanie na pytania Kasi sprawiło mi niemałą przyjemność. I tak sobie myślę, że bardzo fajnie byłoby, gdybyś to Ty opowiedział(-a) mi o sobie. Przyznaj się, która książka jest tą jedyną, jaki jest Twój gust czytelniczy, czy lubisz czytać rano, wieczorem, a może w nocy? A może chcesz odpowiedzieć na pytania Kasi u siebie na blogu? Śmiało, poczęstuj się pytaniami, tylko koniecznie daj znać w komentarzu, abyśmy mogli Cię odwiedzić.



Serdeczności,


Macierzyństwo (mnie) nie boli

Macierzyństwo (mnie) nie boli

macierzyństwo


Zanim zostałam mamą w mojej głowie malował się pewien obraz przyszłego macierzyństwa. Był różowy, sielankowy i ociekający słodyczą. Cóż, tak właśnie patrzę na świat, jest we mnie pewna naiwność, której naprawdę nie chcę się pozbyć. Co więcej, chciałabym choć odrobinę tej naiwności przekazać moim dzieciom, bo głęboko wierzę, że codzienność może być wyjątkowa. 


Gdy kilka miesięcy temu stało się jasne, że bije we mnie drugie serduszko, zaczęłam z większą intensywnością czytać wszelkie książki, artykuły i blogi parentingowe. Przeraziła mnie wtedy pewna powtarzalność, moda, trend - jak zwał tak zwał, w skrócie chodziło o odarcie z lukru, którym ocieka wykreowane przez media, współczesne rodzicielstwo. Zaintrygowana zaczęłam drążyć, pytać, dyskutować i z niepokojem dostrzegłam, że w dobrym guście jest narzekanie na okropną dolę bycia rodzicem. Serio? Tak, tak, zobaczysz, jak sama zostaniesz matką! Dziś, gdy już nią jestem jeszcze z większym niedowierzaniem pytam: SERIO? 


macierzyństwo


Szalenie interesuje mnie skąd bierze się ta chęć ukazania prawdziwego macierzyństwa. Dlaczego traktowane jest to jako coś niesamowicie przygnębiającego, a każdy pozytywny, lekki głos traktowany jest jako najcięższe działo skierowane w uciemiężone matki? 


Teraz, gdy dołączyłam do tego elitarnego klubu sądzę, że mam prawo głosu. Decyzja o chęci posiadania dziecka była u nas bardzo dojrzałą i świadomą decyzją. Od początku nie oszukiwaliśmy się i wiedzieliśmy, że nie będzie łatwo. Nieprzespane noce, kolki, choroby, nieustanny płacz, brak swobody, spontaniczności, a to wszystko okraszone codziennymi obowiązkami, większymi wydatkami i bezradnością żółtodziobów. Tak, mieliśmy to na uwadze. Jednak dla mnie o wiele istotniejsze było to, co da nam Lilka. Jeśli w grę wchodzi żywa istotka, tak bezbronna i jednocześnie oddana w swej bezwarunkowej miłości, to czy możemy robić rachunek zysków i strat? Czy licytowanie się, kto ma gorzej jest tym, czym chcemy zaprzątać sobie głowę?


Owszem, są sprawy z których się nie żartuje, a wręcz należy podejść do nich z empatią i powagą - to z pewnością depresja poporodowa i baby blues. To nie są fanaberie młodych, niedoświadczonych matek, to problem, o którym należy mówić głośno. Jednak ja mam na uwadze zupełnie coś innego - to narzekanie dla zasady. Jeśli nie chorujesz, Twoje dziecko również jest zdrowe, to czy sam fakt bycia rodzicem zobowiązuje do niezadowolenia? 


macierzyństwo


Od początku starałam się podchodzić do mojej nieporęczności i niezdarności w byciu rodzicem z uśmiechem. Jestem przekonana, że pozytywne nastawienie uchroniło mnie przed popadnięciem w szarość codzienności. Gdy Lilka płakała, a ja nie wiedziałam jak jej pomóc, czułam się zupełnie bezradna. Jestem zwolenniczką karmienia na żądanie. Nie podporządkowałam się radom stałych odstępów między karmieniem, bo gdy moje dziecko domaga się bliskości to daję mu to, co najlepsze. Przez pewien czas broniłam się przed podaniem smoka, ale gdy zrozumiałam, że to mały ssaczek przegoniłam wyrzuty sumienia. Wierzę, że poradzimy sobie z odstawieniem naszego uspokajacza. Ufam sobie i mojemu dziecku. Za każdym razem, gdy czuję zmęczenie powtarzam sobie, że Lili tylko raz będzie miała miesiąc i jeden dzień, dwa miesiące i trzy dni, trzy miesiące i pięć dni... Rozumiesz, prawda? Mnie to pomaga. Lubię widzieć pozytywne aspekty mojego obecnego stanu i docenić je zanim przeminą.


Chciałabym, abyśmy się zrozumiały. Nie mam na celu oczerniania matek, które głośno mówią o swoim zmęczeniu i niezadowoleniu. Ja również bywam padnięta, nie chcę gloryfikować i obtaczać watą cukrową faktu bycia mamą. Niemniej uważam, że jest w tym coś wyjątkowego i zamiast skupiać się na fizyczności, swoich słabościach, o wiele lepiej dla Ciebie, tak właśnie dla Ciebie, będzie, gdy dostrzeżesz magię lub groteskę codzienności. Czasami lepiej wrzucić na luz, uśmiechnąć się i nie spinać za każdym razem, gdy ktoś nie chce postawić pomnika na cześć zniewolonych matek.


macierzyństwo


Szczerze przyznaję, że inspiracją do tego tekstu była Nishka, która w artykule Mój plan na bycie mamą niemowlęcia: prosto, naturalnie i z humorem ubrała w słowa wszystkie moje matczyne myśli. Postanowiłam, że w końcu wyrzucę to z siebie. Trochę pomogło. ;) Czasami tylko, gdy ktoś pyta nas z kpiącym uśmiechem: I jak?, oczekując od świeżo upieczonych rodziców litanii narzekań, a my z euforią odpowiadamy: Świetnie! Naprawdę świetnie! Uwielbiamy te nasze nowe role., widzimy wtedy niedowierzanie pomieszane z niechęcią i niezrozumieniem. Ale po chwili wahania, nadchodzi opamiętanie i leci w nasze szczęśliwe twarze riposta: Aaaa no tak, poczekajcie jeszcze trochę, to dopiero się zacznie! :D


Pewnie tak, ale wiesz, ja wolę być taką mamą, ciągle podrygującą, śmiejącą się jak głupi do sera, taki trochę Święty Mikołaj na prozacu. Głęboko wierzę, że to, co dobre puszczone w świat kiedyś wróci. I nie mam zamiaru nikogo przepraszać za to, że mam dziecko. Nie mam zamiaru prosić, aby ktoś wielbił mnie za to, że mam dziecko. Mam zamiar być szczęśliwą mamą, która każdego dnia dziękuję losowi za to, że ma dziecko!



Morza szum... / Półwysep Helski

Morza szum... / Półwysep Helski

jastarnia


Olsztyn powoli otula się jesienną mgłą. Ciepłe promienie słońca jeszcze dziarsko przedzierają się przez tańczące gałęzie wierzby, ale ja odnoszę wrażenie, że to zapowiedź pożegnania. W powietrzu unosi się zapach nadchodzących długich wieczorów i mimo, że wyraźnie wyczuwam obietnicę powrotu i powtarzalności, to gdzieś w głębi czai się smutek podszyty tęsknotą za tym, co już minęło. To był piękny czas. Tak po prostu. Bez pośpiechu, bez rozstań, kompletny, wypełniony nieskrępowanym śmiechem, pysznym jedzeniem, dotykiem małych rączek, które wszystko kierują do bezzębnej buźki, długimi spacerami brzegiem morza, szumem fal... No, było tak, jak sobie wymarzyłam! I dlatego tak mi żal, że to już. Przecież wciąż czuję rozgrzany piasek pod stopami, z palców oblizuję rozpływające się w letnim upale lody, a nocą słucham koncertu świerszczy. 


W tym roku długo zwlekaliśmy z naszym urlopem. Powód był dość oczywisty - Lilka. Nie chcieliśmy narażać jej zbyt wcześnie na długie podróże, dlatego końcówka wakacji wydawała nam się odpowiednią porą. Nawet w najśmielszych snach nie przypuszczałam, że może nam się trafić tak piękna pogoda. Było upalnie, ale dzięki morskiej bryzie te okropnie wysokie temperatury w ogóle nie były męczące. Wybór miejsca również okazał się idealny, bo ani ja, ani A. nigdy wcześniej nie byliśmy na Półwyspie Helskim. Ponadto dzięki uprzejmości Magdy (Save the Magic Moments) trafiliśmy do uroczego pensjonatu z przemiłą gospodynią oraz zatoką i portem tuż obok.


jastarnia

jastarnia port

jastarnia port


Jak wyglądały nasze pierwsze wakacje z Lilianką? Cudownie! I wcale nie koloryzuję, nie upiększam i nie ściemniam - nasza córka to złote dziecko, uśmiech pojawia się na jej buźce jeszcze zanim otworzy oczy, a marudzi tylko wtedy, gdy jest głodna lub chce spać. Karmiłyśmy się wszędzie (nawet na przystanku autobusowym, gdy zabrakło ławek przy ścieżce dla pieszych), przebierałyśmy na ławce w parku i cieszyłyśmy się każdą chwilą. 


Większą część czasu spędziliśmy w Jastarni, która według mnie jest idealnym miejscem dla rodzin - mnóstwo ścieżek do spacerowania, piękne położenie i plaża, którą można spokojnie przejść do pobliskich miejscowości. Oczywiście mogłabym ponarzekać na tłumy, na komercję, lokale, ale po co? ;) Stragany to stały punkt w każdej turystycznej miejscowości. Restauracje, które odwiedziliśmy były dla nas wystarczające. A inni turyści? No cóż, ponownie z radością stwierdzam, że mieliśmy szczęście, bo nie było przepychania się na deptakach i kilometrowych kolejek. 


jastarnia

jastarnia

jastarnia

jastarnia zatoka

jastarnia zatoka


Podczas naszego pobytu nad morzem postanowiliśmy odwiedzić również Hel. I wiecie co? Dla mnie to magiczne miejsce! ♥ Takie pachnące latem, lepkie od zimnej oranżady, rozkrzyczane śmiechem dzieci i wrzaskiem mew. I choć nie przepadam za rybami, to zapach portu i świeżo złowionego obiadu był tak bardzo właściwy. Jednak największą atrakcją były dla nas foki. Takie prawdziwe i rozkosznie obłe. Nie wiem na ile czteromiesięczne dziecko potrafi zrozumieć, że foki są fajne, ale Lili była nimi zachwycona.


fokarium hel

fokarium hel

fokarium hel

do-utraty-tchu

hel

hel

hel

hel

hel


Lato powoli się z nami żegna, miejska codzienność puka do drzwi, ale my dzielnie walczymy z szarością dnia powszedniego. Spacerujemy, tulimy się, czytamy, tańczymy (Lilka ostatnio odkryła moc muzycznych pląsów) i łapiemy każdą słoneczną chwilę. Nasze wakacje jeszcze trwają - przed nami osiem pięknych miesięcy. ♥


Ściskam!




Faszerowana cukinia

Faszerowana cukinia

faszerowana cukinia


Sierpień to czas, kiedy na moim talerzu ląduje cukinia - mięciutka, delikatna, rozpływająca się w ustach. Najczęściej jest dodatkiem do leczo. Ostatnio jednak odkryłam, że cukinia świetnie sprawdza się w roli głównej, faszerowana mięsem z dodatkiem aromatycznych warzyw. To proste i ekspresowe danie to istna uczta dla sezonowych smakoszy. 


Składniki

(porcja dla dwóch osób)

  • 2 cukinie;
  • 500 g mięsa mielonego;
  • cebula;
  • czosnek;
  • czerwona papryka;
  • kukurydza lub czerwona fasola (a może być to i to);
  • 2 świeże pomidory lub puszka pomidorów bez skórki;
  • świeża bazylia, przyprawy wedle uznania;
  • ser.


Sposób przygotowania


Najlepiej rozpocząć od przygotowania farszu. Siekamy cebulę, czosnek, czerwoną paprykę oraz pomidory. Podsmażamy delikatnie mięso mielone, które przyprawiamy zgodnie z własnymi upodobaniami. Następnie dodajemy pokrojone warzywa oraz kukurydzę/fasolę. Wszystkie składniki dusimy przez kilka minut na wolnym ogniu. Na koniec doprawiamy świeżą bazylią.


Cukinię dokładnie myjemy i wydrążamy. Następnie nakładamy do środka farsz i tak przygotowaną cukinię zapiekamy  przez 20 minut w temp. 180 stopni C. Pod koniec pieczenia posypujemy ją startym serem.


To idealne rozwiązanie dla osób, które nie lubią długo bawić się w kuchni, a cenią sobie smaczne i całkiem zdrowe jedzenie. I cóż, cukinia jest teraz naprawdę tania. Aż grzech nie skorzystać! 


faszerowana cukinia

faszerowana cukinia

faszerowana cukinia

faszerowana cukinia


Dobrego tygodnia!


#poprostużyj

#poprostużyj

#poprostużyj


Po prostu żyj. Nie od jutra, nie przez chwilę, ale wciąż niezmiennie doceniaj każdą chwilę. Wiem, to brzmi tak patetycznie i banalnie. Między pospiesznym śniadaniem, szybką toaletą, ekspresowym sprzątaniem, obiadem w biegu i stertą prasowania ciężko wcisnąć kontemplowanie jak pięknie wschodzi i zachodzi słońce... Ale warto. Ja zwolniłam już jakiś czas temu. Początkowo powoli zaczęłam odrzucać ciężar codziennych obowiązków, starałam się częściej uśmiechać, doceniać, że mogę być tu i teraz. A potem pojawiły się dwie kreseczki i świadomość, że biją we mnie dwa serca zmieniło wszystko. To nie jest też tak, że posiadanie potomstwa uszlachetnia, a pozostała bezdzietna część populacji to wyjałowione jednostki. Po prostu czasami w naszym życiu pojawia się ktoś, kto ogarnie ten cały bałagan w głowie, odkurzy zapomniane kąty, poukłada rozrzucone myśli i wyciągnie z głębi szafy uczucia, o których istnieniu nawet nie miało się pojęcia. Być może ten ktoś wcale nie zjawia się nagle, ale jest obecny i tkwi przy nas każdego dnia, a my w tym biegu nie widzimy, jak pusto byłoby bez niego. 


#poprostużyj


W moim życiu najpierw pojawił się A. Najwierniejszy przyjaciel, ostoja spokoju i cierpliwości, która przetrzyma każde moje zachwianie. Później ze splotu wspólnych chwil, podszytych oddaniem i miłością powstała Lilianka, nasze spełnione marzenie. Od tamtej pory każda minuta jest dla mnie na wagę złota. Chwytam sekundy, oddycham Ich oddechem, dotykam, całuję i wciąż zastanawiam się, czy to nie sen. I właśnie w takich momentach powraca natarczywa myśl, że może nie powinnam obnosić się z tym szczęściem, że należy trzymać je w ukryciu przed zawistnym wzrokiem losu. Przecież ta bańka, w której tkwimy może w końcu pęknąć, zburzyć ustalony bieg, wprowadzić chaos w uporządkowaną rzeczywistość. 


#poprostużyj


Wystarczyła maleńka rysa, diagnoza rzucona w przestrzeń, długie godziny na skrzypiącym szpitalnym łóżku i niekończące się modlitwy, że nie chcę nic więcej. Palące łzy strachu i ta bezsilność powoli odchodzą w zapomnienie. Początkowo chciałam wyrzucić te wspomnienia z mojej pamięci, zatrzeć nieprzyjemny smak żalu i poczucia winy, że to pewnie przez tą radość wypisaną na mojej twarzy. Jednak tak sobie myślę, że to wszystko stało się znowu po coś. Może po to, abym ponownie spojrzała na Nich i po prostu zapragnęła znowu tylko żyć. Ot tak, budzić się z pierwszymi promieniami słońca, czuć delikatny sierpniowy deszcz, który osiada na mnie niczym poranna mgła. Patrzeć na Nią z dumą, gdy po raz pierwszy sięga samodzielnie po ulubionego pluszaka, śmieje się w głos z Jego zabawnych min. To wystarczy, wystarczy aż nadto.


Recenzja powieści "Mów do mnie" Lisy Scottoline

Recenzja powieści "Mów do mnie" Lisy Scottoline

mow do mnie lisa scottoline


Bardzo lubię książki Lisy Scottoline, ale mam z nimi pewien problem. Otóż zawsze obiecuję sobie po nich więcej, niż otrzymuję. Być może podyktowane jest to moimi zbyt wygórowanymi czytelniczymi oczekiwaniami. Jednak uważam, że wszystkie powieści Scottoline, które przeczytałam miały niezwykły potencjał, który był wyczuwalny już w pierwszych słowach. I chciałabym napisać, że z każdym kolejnym rozdziałem wciągałam się coraz bardziej, ale nie. Niestety, mój zapał malał jak balonik, z którego uciekało powietrze. Nie jest też tak, że te książki są złe. Bo nie są. Są po prostu według mnie dobre, ale nie bardzo... 


I właśnie wtedy, gdy traciłam nadzieję, że kiedyś z niecierpliwością będę wyczekiwała kolejnej powieści Lisy Scottoline, stało się TO - przeczytałam Mów do mnie. I w końcu doczekałam się, że mogę napisać z pełnym przekonaniem o dobrej lekturze autorstwa tej pani. Takie właśnie lubię Wam polecać najbardziej! 


mow do mnie lisa scottoline


Ludzie wyobrażają sobie, że zły człowiek to terrorysta, morderca, bezwględny dyrektor, ale nie "normalna" osoba taka jak ja. Nie zdają sobie sprawy, że zło mieszka po sąsiedzku, pracuje przy biurku obok, gawędzi z nami w kolejce, jeździ tym samym pociągiem i czyta książkę, korzysta z osiedlowej siłowni.
Żeni się z ich córką.
Jesteśmy tu i polujemy na ciebie.
Obłaskawiamy cię i oswajamy.

Lisa Scottoline Mów do mnie


Eric Parrish z dnia na dzień gubi ustalony bieg codzienności i traci to, na co pracował przez wiele lat z oddaniem i pasją. Wszystko za sprawą przypadkowo spotkanego siedemnastoletniego chłopca, któremu musi pomóc jako doświadczony psychoterapeuta. I właśnie wtedy, gdy sądzi, że robi to, co najlepiej potrafi, czyli leczy, okazuje się, że zaraża wszystko wokół złem, które tkwi głęboko w otaczających go ludziach - niepozornych, z reguły dobrych, uśmiechniętych i tak bardzo bliskich. Powoli traci wysoką pozycję w społeczeństwie jako szanowany ordynator oddziału psychiatrii w miejskim szpitalu, żona utrudnia mu wizyty z ukochaną córeczką, a on sam staje się podejrzanym o morderstwo... 


Mężczyzna na przekór oskarżeniom, stara się odzyskać dobre imię. Wyrusza na poszukiwania winnego, ale czy uda mu się odkryć prawdę? Czy to, co go spotkało to nieszczęśliwy splot wydarzeń, czy może Eric jest marionetką w rękach psychopaty, który pragnie go zniszczyć? 


mow do mnie lisa scottoline


Po lekturze Mów do mnie jestem ukontentowana. Otrzymałam to, czego do tej pory nie mogłam odnaleźć w książkach Lisy Scottoline - świetnie uknutą intrygę, wartką akcję i zakończenie, które zupełnie mnie zaskoczyło. Warto również wspomnieć, że Scottoline jest pisarką, która perfekcyjnie gra na emocjach czytelnika. Porusza tematy, które wzruszają, oburzają, złoszczą, dotykają i palą ogniem oceny i dyskusji. Dlatego puszczam mimochodem te niewielkie niedociągnięcia i sięgam po każdą jej nową książkę. Po powieści Mów do mnie będę robiła to jeszcze chętniej.


Recenzje innych powieści tej autorki:



Kryminalny lipiec. "Dziewczyny, które zabiły Chloe" Alex Marwood

Kryminalny lipiec. "Dziewczyny, które zabiły Chloe" Alex Marwood

dziewczyny, które zabiły chloe


Kryminał w mojej domowej biblioteczce zaliczam do czytelniczych zachcianek - ot, sięgam, choć obyłabym się bez tego.  Lubię jednak od czasu do czasu zaznać literackiego dreszczyku. I pewnie dlatego, że robię to niezbyt często, wybór jest starannie przemyślany. Zazwyczaj musi mnie zainteresować zarys fabuły, ale przyznam się, że preferuję łagodną odmianę tego gatunku - mroczny, momentami przerażający, ale bez okropnych, drastycznych scen. Dla fanów kryminału pewnie trąci to literackim oszustwem, ale wychodzę z założenia, że można zbudować napięcie bez wypruwania wnętrzności. 

Na szczęście mam szczęście i lektury, które trafiają do mnie zaspokajają mój głód sensacji. Na tyle, abym po przeczytanej książce nie bała się własnego cienia. :) W lipcu w moje ręce trafił dość ciekawy thriller/dramat (?) psychologiczny, Dziewczyny, które zabiły Chloe Alex Marwood. No właśnie, to książka, którą ciężko "zaszufladkować" i podpiąć pod właściwą, literacką etykietę. Jest zbrodnia, jest kara, ale czy w ostatecznej ocenie to jest motywem przewodnim rozważań Marwood? A może źródło zła w człowieku, wydawanie osądów, a także determinizm ludzkiego losu jest tym, nad czym pochyla się autorka w swojej debiutanckiej powieści?


dziewczyny, które zabiły Chloe


Przecież o to właśnie w życiu chodzi. Nie o wakacje, kolacje w knajpach i pragnienie posiadania więcej rzeczy, ale o to, by napić się razem herbaty i przytulić po długim dniu. Chodzi o wybaczenie i zapomnienie, ulgowe traktowanie. A także o uczciwość, prawdę i zaufanie, o stworzenie bezpiecznego, ciepłego schronienia dla tych, których się kocha.

Alex Marwood Dziewczyny, które zabiły Chloe


Ile jesteś w stanie poświęcić, aby chronić tych, których kochasz? Pewnie wiele, a może nawet wszystko... Kirsty i Amber całe życie budowały na kłamstwie, aby zaznać choć odrobinę normalnej codzienności. Fałszywe nazwiska, fałszywa przeszłość i złudne poczucie bezpieczeństwa. Ich domki z kart, starannie budowane przez lata, może zburzyć jeden podmuch przeszłości. Czego się obawiają, przed czym uciekają?


Pewnego, upalnego dnia w 1986 roku Kirsty i Amber spotkają się po raz pierwszy. Jeszcze tego samego wieczoru obie zostają posądzone o morderstwo i umieszczone w ośrodkach dla nieletnich przestępców. Każda z nich otrzymuje nową tożsamość, aby móc rozpocząć dorosłe życie. Jest tylko jeden warunek - nie mogą utrzymywać ze sobą kontaktu. Po wielu latach nieszczęśliwy zbieg okoliczności sprawia, że drogi Kirsty i Amber ponownie się krzyżują. Każda z nich zrobi wszystko, aby nie odkryto ich tajemnicy i zapewnić bezpieczeństwo swoim rodzinom. 


dziewczyny, które zabiły Chloe


Powieść Dziewczyny, które zabiły Chloe ma to, co powinna mieć dobra, letnia lektura - mroczna atmosfera nadmorskiej mieściny, seria niewyjaśnionych morderstw i dwie kobiety, które za wszelką cenę pragną ukryć tajemnicę sprzed lat. Ponadto na uwagę zasługuje ciekawie rozbudowane tło społeczno - obyczajowe, które tworzy ponury i smętny klimat książki. Jednak mam nieodparte wrażenie, że to nie o samą zbrodnię tu chodzi, lecz o coś więcej. O jeden błąd, o zbyt łatwe ferowanie wyroków i niesprzyjający splot wydarzeń, który może doprowadzić do tragedii. I gdzieś na marginesie możemy dostrzec niedopracowany plan resocjalizacyjny i  chęć osądzania. Bo nie ma znaczenia, czy winny jest winny. Trzeba po prostu znaleźć kogoś, na kogo można zrzucić ciężar zła.


Alex Marwood jako debiutantka weszła w zgrabnym stylu na literacką scenę, o czym świadczy chociażby Nagroda im. Edgara Allana Poe za najlepszą powieść w 2014 roku. Liczę, że niebawem znów będę mogła sięgnąć po książkę, która wyjdzie spod pióra tej pani.



Copyright © 2016 Do utraty tchu - żyj, kochaj czytaj! , Blogger