Z Lilusiowej biblioteczki: "Pucio uczy się mówić. Zabawy dźwiękonaśladowcze dla najmłodszych" Marta Galewska - Kustra

Z Lilusiowej biblioteczki: "Pucio uczy się mówić. Zabawy dźwiękonaśladowcze dla najmłodszych" Marta Galewska - Kustra

nauka mówienia


Gdy byłam bardzo maleńką Olą ukochałam swojego smoczka miłością ogromną. Nazywałam go pieszczotliwie mela mela. Według opowieści mamy w tym czasie porozumiewałam się własnym, dziecięcym językiem. I tak mysz to była buma - wspominam o tym nieszczęsnym gryzoniu, bo odegrał on dość istotną rolę w mojej drodze na szczyt retoryki. 😆 Wracając do olinego pierwszego słownika, to gdy coś nie spotykało się z moją aprobatą, poetycko karciłam to krzycząc beeee!; a gdy mój brzuszek robił się pusty, dopominałam się wołając am am! Pewnego dnia moja rodzicielka postanowiła przerwać tę złotą nić wymizianego, wymemlanego i wygryzionego porozumienia między mną a mela mela - wyrzuciła smoczek, informując mnie jednocześnie, że został zjedzony przez małą, biedną myszkę. I choć moja rozpacz była okropna, a zawodzenie na tyle skuteczne, że w trybie natychmiastowym zakupiono mi siedem nowych smoczków, to właśnie te traumatyczne wydarzenia sprawiły, że wypowiedziałam pierwsze, pełne zdanie. Swój żal wyraziłam  zwięźle, acz treściwie: Buma bee, buma am mela mela. 😂 


Dziś trochę prześladuje mnie ta historia, szczególnie podczas rodzinnych spotkań. Niemniej idealnie obrazuje, w jaki sposób mały człowiek uczy się mówić. Niezwykle istotną rolę odgrywają tu rodzice, którzy pomagają dziecku stworzyć językową bazę. Często porozumiewają się ze swoją pociechą, stosując wyrazy dźwiękonaśladowcze. I to właśnie jest jedna z pierwszych lekcji nauki mówienia. Następnie w sposób naturalny łączą słowa z gestami, dodają do tego wyrazistą mimikę, wypowiadają dobrze znane wierszyki, wyliczanki i bajki. To wszystko sprawia, że dziecko oswaja nieznany mu świat słów. 


Lili jest jeszcze malutka, ma ukończone siedem miesięcy. Jednak odkąd zaczęła samodzielnie przemieszczać się, stabilnie siedzieć i spacery spędza w spacerówce, zauważyliśmy, że jest żywo zainteresowana wszystkim wokół. Co więcej, z każdym dniem wydaje więcej nowych dźwięków, czasami udaje jej się wypowiedzieć mama, uwielbia muzykę, dlatego często śpiewamy i tańczymy, czytamy książeczki... Jestem przekonana, że te nasze - tak oczywiste dla każdego rodzica - zajęcia są dobrym początkiem w nauce mówienia. 


nauka mówienia


Będąc ostatnio w bibliotece natknęłam się na nową książeczkę, Pucio uczy się mówić. Zabawy dźwiękonaśladowcze dla najmłodszych autorstwa Marty Galewskiej - Kustry. Wystarczyło jedno spojrzenie, aby przekonać się, że to idealna lektura dla nas. 




Pucio uczy się mówić. Zabawy dźwiękonaśladowcze dla najmłodszych 

Marta Galewska - Kustra


nauka mówienia


Pucio uczy się mówić to pierwsza część przygód małego chłopca i jego rodziny. Jest to książeczka adresowana do najmłodszych dzieci, które dopiero zaczynają przygodę z mówieniem. Poprzez krótkie teksty, które bazują w większości na prostych zdaniach i wyrazach dźwiękonaśladowczych, już nawet kilkumiesięczny maluszek świetnie odnajdzie się w świecie Pucia. 


Książka opatrzona jest wstępem dla rodziców, w którym zawarta jest instrukcja obsługi - jak zbudowana jest książeczka, jak jej używać, czego unikać oraz na co zwrócić uwagę. Choć pozycja ta jest bardzo prosta w odbiorze, to każdy rodzic może pokusić się o własny sposób przekazu. Jestem przekonana, że ta dowolność wyboru w formie czytania sprawi, że spędzony czas z książką Marty Galewskiej - Kustry będzie cudowną zabawą z maluchem.


nauka mówienia


Naturalnie przygodę z Puciem i jego najbliższymi można rozpocząć od przeczytania książki od pierwszej do ostatniej strony i my z Lilą właśnie tak poczyniłyśmy. Jakie było moje zdziwienie, gdy zwiercona na co dzień Lilka siedziała cichutko i z ciekawością wysłuchała całej(!) opowieści. Dotykała kartonowych kart, stukała paluszkami i uśmiechała się, gdy wymawiałam dźwięczne wyrazy. Moja radość jest jeszcze większa, bo Lili zaczyna powoli je powtarzać, oczywiście jeszcze bardzo nieporadnie. 😉 I jeśli myślisz, że tu czas spędzony z Puciem się kończy, to jestem w obowiązku wyprowadzić Cię z błędu. Treść książki jest na tyle uniwersalna, że każda karta to scenariusz dobrze znany maluchowi - jest mama, tata, siostra, mały dzidziuś, babcia, dziadek, spacery, wspólne posiłki, wycieczki do lasu, czy na wieś. Dlatego śmiało możesz otworzyć ją na dowolnej stronie i czytać jako odrębną historię. Innym pomysłem na wspólne odkrywanie świata Pucia to wyszukiwanie przedmiotów na obrazkach i nazywanie je wyrazami dźwiękonaśladowczymi.


Forma, na jaką się zdecydujesz naprawdę nie ma znaczenia! Równie dobrze możesz stworzyć własną historię. W tym wszystkim najważniejsza jest chwila, którą spędzisz ze swoim maluchem. 😊


Podczas wyboru lektury dla najmłodszych niezwykle ważne są dla mnie ilustracje. Uwielbiam kolorowe i baśniowe, ale dla takich malutkich, tyci tyci warto ograniczyć się do prostej grafiki. Ta pozycja spełnia moje wymagania. Obrazy są jasne w przekazie i zabawne. Dzięki temu maluch nie powinien mieć problemu z odnalezieniem wybranego elementu. 


nauka mówienia

nauka mówienia


Książka Pucio uczy się mówić jest dużego formatu (zbliżony do A4), a jej kartki są tekturowe. Na tym etapie to dla nas istotne, bo dzięki temu Lili bez problemu przewraca sama strony. Ponadto taka forma jest wytrzymała i odporna na ruchliwe łapki niemowlaka.


Chyba jak większość rodziców staram się wspomóc rozwój swojego dziecka, a książka to według mnie nieoceniona pomoc. Jako filolog polski i bibliotekarz czuję się w obowiązku, aby bronić stanowiska, że czytanie to nie tylko obowiązek i nauka. To może być świetna zabawa, a Pucio uczy się mówić Marty Galewskiej - Kustry jest idealnym sposobem połączenia przyjemnego z pożytecznym.



* * * 



Jakiś czas temu zaczęłam rozglądać się za książeczką dla córeczki, którą moglibyśmy podarować jej na Mikołajki. Zwróciłam się o pomoc do moich ulubionych dziewczyn z grupy facebookowej Przeczytaj & Podaj Dalej, które poleciły mi księgę dźwięków. Z pewnością taka książka trafi do naszej biblioteczki, ale to właśnie Pucio i jego rodzina zostaną z nami na dłużej. Niebawem będziemy musiały rozstać się z bibliotecznym egzemplarzem, więc zbliżający się 6 grudnia to odpowiedni czas, aby wybrać się do księgarni. 😄





Dane techniczne

Pucio uczy się mówić. Zabawy dźwiękonaśladowcze dla najmłodszych Marta Galewska-Kustra
Seria: Uczę się mówić
Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
ISBN 9788310130815


DIY. Wianek świąteczny z szyszek

DIY. Wianek świąteczny z szyszek

wianek z szyszek


Jeśli jesteś ze mną na Instagramie, to z pewnością wiesz, że w ostatnich dniach zajęłam się tworzeniem wianków. A dokładniej wianków z szyszek. Koniec listopada był ciężki i potrzebowałam czegoś, co będzie dla mnie ukojeniem. Spokój, jaki towarzyszy mi podczas pracy, pozwala skupić się na tym, co dobre. Święta Bożego Narodzenia zawsze sprawiają, że zaczynam mocniej, głębiej, a może od nowa wierzyć. Uwielbiam ten czas - roziskrzony milionem świateł, wypełniony zapachem pierników i pomarańczy, dający nadzieję, że będzie lepiej.


Od dawna marzyłam o wianku na drzwi i już kiedyś uwiłam sobie wianek z wierzby, która rośnie pod moimi oknami. Jednak to nie było to. W ubiegłym roku zrobiłam wianek adwentowy, ale tamten z kolei był na sztucznej podstawie i on również nie do końca mi odpowiadał. Dlatego teraz postanowiłam, że się przyłożę i będzie to coś wyjątkowego. Po kilku dniach czuję, że mam swój wymarzony wianek, który wisi dumnie na drzwiach. Tak bardzo spodobało mi się to zajęcie, że stworzyłam kolejne wersje kolorystyczne i to jeszcze nie koniec. 😁


wianek z szyszek



Jeśli chciał(a)byś wykonać taki wianek w domu, to podpowiem Ci, co będzie Ci potrzebne:

  • styropianowy wianek - równie dobrze może to być podstawa wycięta z tektury, wypełniona gazetami i owinięta folią;
  • pistolet do klejenia na gorąco lub inny klej, który jest trwały i sprawdzi się podczas klejenia drewna i styropianu;
  • szyszki (baaaaaaaardzo dużo szyszek! 😀 Proponuję pozostawić je choć na jeden dzień w ciepłym miejscu, aby dobrze się pootwierały);
  • farba w spray'u;
  • materiały dekoracyjne (gwiazdki, wstążka).



Jeśli chcesz, aby wianek mógł zostać zawieszony, to przed przystąpieniem do pracy przewiąż go wstążką.


Szyszki przyklejaj na styropianowej obręczy, starając się mocować je jedna przy drugiej. Szczeliny, które mimo to i tak powstaną, spróbuj wypełnić mniejszymi szyszkami. Całość spryskaj farbą i pozostaw na chwilę do wyschnięcia. Następnie przyklej ozdoby, przewiąż wstążką i gotowe!


wianek z szyszek



Wiem, to wszystko brzmi banalnie i prosto, ale taki wianek jest dość pracochłonny. Niemniej wart zachodu, bo prezentuje się naprawdę cudownie.


W najbliższych dniach mam zamiar wyczarować biało-srebrny wianek z fioletowymi dodatkami. Ponadto chciałabym również zrobić stroik na stół wigilijny. Pomysłów mam mnóstwo, ale w moim domu jest też rozbrykany szkrab, który teraz nie tylko przemieszcza się w ekspresowym tempie, ale próbuje stanąć przy wszystkim, co wygląda na dość stabilne! 😲 Zaczynamy powoli zastanawiać się z mężem nad tym, jak ustawić choinkę, aby ten mały łobuz nie przewracał jej co chwila. Chyba najlepszym rozwiązaniem będzie owinięcie ją łańcuchem... Oczywiście choinkę, nie Lilkę... 😂


wianek z szyszek

wianek z szyszek

wianek z szyszek


* * *

Jeśli marzy Ci się, aby w Twoim domu rozgościł się taki wianek, ale nie masz możliwości wykonania go własnoręcznie, mogę Ci w tym pomóc.
Napisz do mnie! 😊

Gorzki listopad

Gorzki listopad

jesień


Ostatnie dni nie były dla nas łaskawe. Choroba Lili, nieustannie psujący się samochód i naprawy, które ciągnęły się w nieskończoność. Jednak to wszystko okazało się tak błahe i nieistotne w obliczu wydarzeń, które dopiero miały nadejść. Straciliśmy kogoś bliskiego. Takie pożegnania z reguły nie są łatwe. Szczególnie, gdy odchodzi ktoś za szybko, bez pożegnania, z niespełnionymi marzeniami i czasem, którego już nie ma. 


Zawsze sądziłam, że wszystko dzieje się po coś. Że należy widzieć jasne strony codzienności. Ale dziś wątpię. Czuję żal i niesprawiedliwość losu. Jest jednak coś, o czym wciąż myślę - to, że nigdy nie ma zbyt wiele czasu, aby być szczęśliwym.


* * *


Jeśli troszeczkę za nami tęsknicie to zapraszam Was do dołączenia do nas 


Instagram



Ściskam!


Cynamonki z odrobiną imbiru i czekolady

Cynamonki z odrobiną imbiru i czekolady



Czasami z niczego powstaje coś. Wielkie rzeczy rodzą się z małych, drobnych spraw. Podbono iskra wystarczy, aby wzniecić pożar.


Jedno słowo może wywołać lawinę, którą bardzo ciężko zatrzymać. Zmęczenie zasnuwa mgłą inne myśli i nie pozwala dostrzec tego, co dobre. Jeden parszywy dzień przeradza się w kolejny, przygniatając ciężarem odrętwienia. Jest pusto, szaro i beznadziejnie. 


Ale.


Jedno słowo może skruszyć kamień i zburzyć mur. Niekiedy nieśmiały uśmiech przedziera się przez ciężkie chmury smutku i rozwiewa wszelkie zmartwienia. Choćby na chwilę. I ten jeden, jedyny moment wystarczy, aby pancerz zwątpienia poluźnił sztywne szwy. Łapiesz oddech - krótki i urywany, który ustępuje miejsca kolejnemu. Krok po kroku. 


Czasami dzień bez polotu może przerodzić się w całkiem aromatyczne popołudnie. 



Cynamonki z odrobiną imbiru i czekolady




Lista składników


  • 250 ml mleka;
  • 40 g świeżych drożdży;
  • 100 g cukru;
  • 500 g mąki 
(zawsze przygotuj sobie więcej mąki, aby móc podsypywać podczas wyrabiania);
  • 100 g masła;
  • 3 jajka;
  • szczypta soli;
  • cynamon;
  • imbir;
  • tabliczka czekolady.


Sposób przygotowania


Podgrzej mleko do temperatury nie wyższej niż 40 st., następnie dodaj rozkruszone drożdże, łyżeczkę cukru i dwie łyżki mąki. Wszystko dokładnie wymieszaj, przykryj ściereczką i odstaw na 15 minut w ciepłe miejsce.


Pozostałą część cukru, mąkę, sól i 80 g roztopionego masła (pozostałą część zostaw na posmarowanie ciasta) wymieszaj w misce. Dodaj wyrośnięty rozczyn i roztrzepane 2 jajka. Wszystko dokładnie połącz i zagnieć miękkie, elastyczne ciasto. Przykryj je ściereczką i odstaw w ciepłe miejsce na około godzinę, aby ciasto podwoiło swą objętość.


Gdy ciasto będzie już gotowe, podziel je na 4 mniejsze części. Każdą z nich rozwałkuj, posmaruj roztopionym masłem, posyp obficie cynamonem, dodaj szczyptę imbiru i rozkrusz czekoladę. Jeśli chcesz, aby cynamonki były słodziutkie, możesz dodać cukier. Zwiń jak roladę, pokrój w plasterki i ułóż na wcześniej przygotowanej blasze (pamiętaj, aby zostawić odpowiednie odstępy - ciasto drożdżowe wciąż rośnie). Przykryj blachę ściereczką i odstaw na kolejne 20-30 minut. 


Przed pieczeniem posmaruj cynamonki roztrzepanym jajkiem. Piecz bułeczki przez 15-20 minut w temp. 180 st. C. 





* * *


Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. A Ty gdzie siedzisz? Twoja szklanka codzienności jest do połowy pusta czy pełna? 



-------------------------------------

Inne przepisy z ciasta drożdżowego:

"Razem będzie lepiej" Jojo Moyes

"Razem będzie lepiej" Jojo Moyes

Razem będzie lepiej Jojo Moyes


Gdy zaczynałam przygodę z bohaterami powieści Razem będzie lepiej Jojo Moyes, usłyszałam, że ta książka jest jak słońce w zimie. Bardzo mnie to ucieszyło, bo tak się składa, że lubię zimę, a gdy świeci wtedy słońce - to już w ogóle moje serce przepełnia radość. Jednak później zaczęłam analizować, czy aby na pewno to jest takie słońce, które tworzy moje najwspanialsze, zimowe wspomnienia?  Wiesz, takie słońce, które sprawia, że pod butami skrzypi śnieg, a biała, gładka tafla skrzy się w jego promieniach niczym sreberko spowijające najsmaczniejszą czekoladę. I wtedy nieistotny staje się czerwony nos, mróz podszczypujący policzki, bo gdy w oczy zagląda zimowe słońce, to po prostu cieszę się, że jestem częścią tego wszystkiego. Po przeczytaniu kilku stron książki wiedziałam, że niepotrzebnie traciłam czas na rozmyślania. Decydując się na tę lekturę, otrzymałam Moyes w najlepszym wydaniu! 


To historia o pewnej młodej kobiecie, Jess, którą życie nie rozpieszcza. Co więcej, chłoszcze ją porządnym batem każdego dnia - na dzień dobry i na dobranoc. Ot, chyba żeby wiedziała, że żyje. Jednak Jess na przekór przyodziewa płaszcz optymizmu i nie poddaje się. Bierze na barki samotne wychowanie dziesięcioletniej córeczki i nastoletniego pasierba, pracę na dwa etaty, nawet męża, który od dwóch lat ucieka przed obowiązkami. Jess wciąż powtarza, że coś wymyśli, że będzie dobrze, że jakoś to załatwi... I gdy pewnego dnia okazuje się, że jej mała dziewczynka, dzięki swym niezwykłym zdolnościom matematycznym, może ubiegać się o przyjęcie do prestiżowej szkoły, Jess nie zastanawia się zbyt długo. Po prostu wyrusza w drogę, aby spełnić marzenie córki. 


Więc pewnego razu Ed spotkał dziewczynę, która była największą optymistką, jaką kiedykolwiek znał. Dziewczynę, która nosiła japonki z nadzieją na nadejście wiosny. Sprawiała wrażenie, jakby biegła przez życie w podskokach, niczym Tygrysek z "Kubusia Puchatka"; rzeczy, które rozłożyłyby większość ludzi na łopatki, zdawały się je nie dotykać. Albo jeżeli padała, to natychmiast się odbijała i wracała do pionu. Upadała raz jeszcze, przywoływała uśmiech na twarz, otrzepywała się i ruszała dalej. Ed nie potrafił stwierdzić, czy to najbardziej bohaterska, czy najidiotyczniejsza rzecz, jaką w życiu widział.


Taka była Jess. 


Razem będzie lepiej Jojo Moyes


A potem pojawił się Ed. Na zakręcie. W najgorszym momencie swojego dotychczasowego, dostatniego i beztroskiego życia. I wbrew pozorom te dwa skrajne światy idealnie się uzupełniły, dopasowały jak brakujące puzzle. 


Pewnie zastanawiasz się co jest takiego wyjątkowego w tej książce? Wydaje się być taka, jak większość dobrze napisanych obyczajówek. Jednak Razem będzie lepiej Jojo Moyes jest niesamowita. To chyba ta zwyczajna codzienność. To, w jaki sposób Moyes zestawiła bogactwo ze skrajną biedą, pokazując jednocześnie, że owszem - pieniądze nie są ważne, jeśli się je ma. Bo co wtedy, gdy brakuje na zaspokojenie podstawowych potrzeb, jak jedzenie, ubranie, czy opłacenie rachunków? Co wtedy? No właśnie, wtedy kombinujesz, głowisz się i naginasz morale. W takim momencie nie zarzekasz się, że nigdy, bo tak naprawdę to tego nie wiesz. 


Myślę, co było w Jess, że czułam się z nią tak blisko, że rozumiałam jej wybory bez zastrzeżeń? Z pewnością nie chodzi tu tylko o wiek bohaterki powieści Razem będzie lepiej, który faktycznie jest zbliżony do mojego. Nie, to chyba jej niezachwiana wiara, że dobro przyciąga dobro i optymizm, który jawi się tak nie na miejscu w jej sytuacji. Jest coś jeszcze, to bezgraniczna miłość do dzieci. 


Kiedy Jess urodziła Tanzie, to choć była wtedy bardzo młoda i głupia, miała na tyle oleju w głowie, by wiedzieć, że będzie mówić jej codziennie, jak bardzo ją kocha. Będzie ją obejmować, ocierać jej łzy i tarzać się z nią po kanapie, z nogami splecionymi razem jak spaghetti. Otoczy ją miłością. 


Moyes stworzyła kobietę młodą, ale niezwykle silną i mądrą. Jednak nie wolną od potknięć i błędów. Jess, jak każdy, dokonuje złych wyborów, ale jest w tym szczera i wciąż wierna swoim przekonaniom. To wszystko sprawia, że jej postać jest na wskroś prawdziwa. 


Razem będzie lepiej Jojo Moyes


Razem będzie lepiej Jojo Moyes jest jak słońce w zimie. Dzięki niej na Twojej buzi pojawi się uśmiech, ale jak to ze słońcem i mrozem bywa - mogą pojawić się łzy. To będą dobre łzy, takie oczyszczające, po których poczujesz się lekko. 


Po lekturze Zanim się pojawiłeś i kontynuacji tej powieści, Kiedy odszedłeś odmalowałam sobie w obraz Moyes jako pisarki, która w zwyczajności i prostocie dnia powszedniego odnajduje tę iskrę, którą czasami gubimy. Niekiedy nieświadomie, w biegu, ale bywa i tak, że znika ona nam z oczy na życzenie. Bo nie mamy siły stawić czoła, bo to nas przerasta i wolimy poddać się i nie wysilać. A ja chciałabym wierzyć, że jednak warto. Że to wszystko dzieje się po coś. Dlatego z niecierpliwością będę wyczekiwać kolejnej książki Jojo Moyes.


* * * 


Czytając Razem będzie lepiej znalazłam słowa, które chyba wypiszę sobie wyraźnie na kartce i zawieszę na lodówce, aby każdego dnia o nich pamiętać. 


Bo choćby nawet cały świat rzucał w ciebie kamieniami, to jeżeli mama stoi po twojej stronie, nic ci się nie stanie. Gdzieś głęboko w środku będziesz wiedzieć, że jesteś kochany. Że zasługujesz na miłość.




DANE TECHNICZNE

Razem będzie lepiej Jojo Moyes
Wydawnictwo: Znak
ISBN 9788324026920

Dlaczego warto czytać niemowlakowi?

Dlaczego warto czytać niemowlakowi?



Pracując w bibliotece, niejednokrotnie mogłam zaobserwować, jak duży wpływ na rozwój malucha mają książki. Widziałam tę nieukrywaną radość po przekroczeniu progu biblioteki, ciekawość wymalowaną na dziecięcej buźce, gdy do rączek trafił egzemplarz z piękną okładką i niecierpliwość, kiedy na wymarzoną lekturę należało troszeczkę poczekać, bo akurat była u innego czytelnika. Podczas zajęć z najmłodszymi uwielbiałam ten moment wyciszenia podczas czytania książki, ale niesamowicie bawiły mnie również te nagłe pytania, które przecież nie mogły długo czekać zamknięte w zwierconej główce. Jednak musisz wiedzieć, że książka nie zawsze budziła zachwyt u dzieci. Bywało tak, że musiałam się wgryźć w nią porządnie, aby później zaserwować wykwintne danie, które zasmakuje wymagającym odbiorcom. I choć biblioteka, w której dane mi było pracować była raczej skromna, nie uświadczyło się w niej najnowszych udogodnień, do których przyzwyczajone są teraz dzieci, to jednak było w niej coś magicznego. Książki! Tak, dzięki książkom i odrobinie kreatywności można było spędzić cudowne chwile, bawiąc się, czytając i rozmawiając nieustannie. 


Przez cały ten czas nigdy nie zwątpiłam w słuszność wykonywanej pracy. Byłam i wciąż jestem przekonana, że książki potrafią uleczyć chorą duszę, pobudzić do działania, a czasami rozwiać wątpliwości, które pojawiają się w umyśle dziecka. O zaletach czytania napisano już tak wiele, że nie wiem czy jest sens, abym musiała przekonywać Cię, że jest to po prostu super! Dzięki wspólnym chwilom z książką Twoje dziecko będzie czuło się przede wszystkim kochane, bo Twoja uwaga skupiona jest wyłącznie na nim. Ponadto czytanie uczy poprawności językowej, rozwija zasób słów, ćwiczy pamięć, pobudza wyobraźnię, poszerza horyzonty, pomaga w rozwijaniu własnego systemu wartości, bawi, chroni przed uzależnieniem od komputera i telewizji... Ach, mogłabym tak w nieskończoność! Dlatego odkąd pamiętam miałam marzenie, aby przekazać tę moją miłość do książek swojemu dziecku. I choć Lili ma dopiero pół roczku, to my już sobie w najlepsze czytamy! Co więcej, pierwsze kroki w tym kierunku poczyniliśmy już, gdy córeczka była w brzuszku. 


Jeśli zastanawiasz się, czy nie zwariowałam, czy taki maluch w ogóle rozumie i czy ma to realny wpływ na jego rozwój, to poniżej postaram się rozwiać te wątpliwości i opowiedzieć, jak się do tego zabrać. Niemniej już teraz mogę z pełnym przekonaniem napisać, że zawsze warto czytać dziecku - czy to niemowlakowi, czy dwulatkowi, czy trochę starszemu



Dlaczego warto czytać niemowlakowi?





Kiedy zacząć czytać dziecku?

Im wcześniej, tym lepiej. My rozpoczęliśmy swoją przygodę już, gdy byłam w ciąży. Początkowo bardzo dużo mówiliśmy, później zaczęliśmy śpiewać i opowiadać bajki. Gdy Lili była już z nami zaczęłam pokazywać jej książeczki materiałowe, które są mięciutkie i bezpieczne dla takich maleńkich ludzi oraz książeczki kontrastowe. Z czasem zaczęliśmy czytać wierszyki, a dziś po prostu czytamy. 



Dlaczego warto czytać niemowlakowi?

Po pierwsze, nie widzę żadnych, ŻADNYCH przeciwwskazań! Książką nie wyrządzisz krzywdy swojemu dziecku, a tylko pomożesz w jego rozwoju. 


Z pewnością wiesz, że bardzo ważne jest, aby od początku kłaść niemowlę na brzuszku. Jednak nie wszystkie dzieci lubią tę pozycję. My pokazywaliśmy Lilce książeczki, aby odwrócić jej uwagę od niewygodnego położenia. 


Ponadto czytając dziecku budujesz tę wyjątkową więź ze swoją pociechą. Szczególnie polecam, aby to tata czytał dziecku, bo nam, mamom jakoś łatwiej znaleźć wspólny język z noworodkiem. ;) Takie wspólne chwile z pewnością będę odprężające i wyciszające dla obu stron. Jednak musisz pamiętać, że ten pierwszy kontakt z książką nigdy nie będzie tak idealny, jak na obrazku. Dziecko zazwyczaj chce dotknąć, może szybko się rozpraszać, wiercić, dlatego pozwól mu, aby mogło pomacać książkę, oślinić ją i potrząść w małych rączkach. W ten sposób oswoisz je z nieznanym przedmiotem.






Czytając maluchowi staraj się modulować głos, aby zaciekawić tym, co robisz. Pokazuj obrazki, wskazuj wybrane elementy, nazywaj i używaj słów dźwiękonaśladowczych. To jest właśnie jedna z pierwszych lekcji nauki mówienia. W ten sposób stymulujesz i pobudzasz małą główkę do myślenia. 


Ważne jest, aby traktować książkę jako pewnego rodzaju rozrywkę, zabawę, a nie przymus i nużące zajęcie. Twój entuzjazm udzieli się dziecku. Warto zabierać książkę ze sobą na spacer, czy w inne miejsce, aby mieć do niej dostęp, gdy maluch się nudzi.



Jakie książki czytać niemowlakowi?

Na początek warto sięgnąć po materiałowe i kontrastowe. Następnie po te "nieskomplikowane" -  z prostymi, kolorowymi ilustracjami, z niewielką ilością tekstu na stronie i z czasem wprowadzać książki, które są bogatsze w grafikę i tekst. Ciekawym wyborem są książeczki, które zawierają elementy o innej strukturze, np. miś obszyty futerkiem.


* * *


My już rozpoczęliśmy kompletowanie Lilusiowej biblioteczki - część kupiliśmy, a część wypożyczamy. Z pewnością będziemy się tu dzielić tym, co naszym zdaniem jest warte uwagi. Jednak już teraz muszę Ci się przyznać, że mam bzika na punkcie książeczek dla dzieci i w naszym domu zamieszkały już takie, które poczekają na Lilkę. Teraz je sobie oglądamy, czytamy tylko fragmentami i dotykamy. Z pewnością zainwestuję także w książeczki manipulacyjne, które są po prostu rewelacyjne (z pełnym przekonaniem polecam TULANKI - my w swój egzemplarz zaopatrzymy, gdy Lili troszeczkę jeszcze podrośnie). Obecnie naszą ulubioną porą na czytanie jest wieczorem, tuż po kąpieli i po karmieniu. Leżymy sobie i oglądamy, dotykamy i czytamy...






A Ty czytasz swojemu dziecku? Jak rozpoczęła się Wasza przygoda z książką? A może macie już jakieś ulubione lektury? Jestem bardzo ciekawa Twojego podejścia do czytania.




Pielęgnacja włosów osłabionych i wypadających (po ciąży)

Pielęgnacja włosów osłabionych i wypadających (po ciąży)

wypadanie włosów


Jesień jest bardzo wdzięczną porą roku. Mimo deszczu, czasami deficytu słońca i sino-burego tła, da się ją lubić. Za długie wieczory, podczas których można obejrzeć wszystkie filmy/seriale świata, przeczytać stosy książek i wypić litry kakao! Jednak jesień bywa też kapryśna i niekorzystna... dla naszych włosów. Niestety okres tuż po lecie często powoduje, że nasze włosy są osłabione i zaczynają wypadać.


Ostatnie przez trzy miesiące na mojej głowie rozgrywała się włosowa tragedia. To była masakra! Choć nadal stosowałam się do 3 podstawowych kroków w pielęgnacji, o których już Wam pisałam, to i tak straciłam około 1/4 mojej czupryny. Zdaję sobie sprawę, że pora roku nie miała tu wielkiego znaczenia. Powodem okropnego (!) wypadania włosów był stan po ciąży i karmienie piersią. Przetrząsnęłam internet, przeprowadziłam wywiad wśród mam i dowiedziałam się, że to naturalne i samo minie. Ech, nie byłam z tego zadowolona i nie miałam najmniejszego zamiaru siedzieć z założonymi rękoma i czekać na cud. Postanowiłam przyjrzeć się mojej pielęgnacji, wczytać się dokładniej w blogi włosomaniaczek i w ten sposób opracować swój plan walki z włosami osłabionymi i wypadającymi.


Nie oczekuj, że znajdziesz tu coś odkrywczego, ale postaram się to przedstawić Ci w sposób jasny i przejrzysty. Tak, abyś mogła mój plan spokojnie wprowadzić u siebie. Ze swojej strony mogę tylko dodać, że po trzech miesiącach regularnego stosowania tych wszystkich zabiegów, o których zaraz tu napiszę, moje włosy przestały wypadać, pojawił się wysyp baby hair i mam poczucie, że w końcu znalazłam patent na moje wysokoporowate fale. Z każdym kolejnym dniem wyglądają coraz lepiej i choć wiem, że jeszcze długa droga przede mną, to mam przeświadczenie, że i tak poczyniłam stumilowy krok w mojej włosowej świadomości.


Pielęgnacja włosów osłabionych i wypadających



wypadanie włosów


OCZYSZCZANIE

Od dość dawna stosuję delikatne szampony - ziołowe, bez parabenów i SLS-ów, często sięgam po szampon dla dzieci (np. Babydream). Jednak nie wystrzegam się już tak, jak wcześniej SLS-ów. Wiem, że od czasu do czasu muszę porządnie oczyścić skórę głowy, aby pozostałe zabiegi miały w ogóle sens. Ponadto dość rzadko, ale staram się robić peeling skóry, łącząc brązowy cukier z szamponem. Dzięki temu pozbywam się nadmiaru kosmetyków, a składniki odżywcze mają skuteczniejsze działanie.



WCIERKI

O zbawiennej mocy wcierek pisałam właśnie przy okazji poprzedniego tekstu o pielęgnacji włosów. Jednak teraz czuję się w obowiązku ponownie o nich wspomnieć. 


To właśnie wcierki uratowały mnie przed totalnym wyłysieniem. Do mojego zestawu, składającego się z kozieradki i pokrzywy, dodałam jeszcze skrzyp polny. Zazwyczaj łączę go z pokrzywą i chyba to jest właśnie mój ulubiony duet. Jest bezzapachowy, a jego działanie jest naprawdę zachwycające. Wypróbowałam również gotowca Radical, która zawiera ekstrakt ze skrzypu polnego. Wcierka ta towarzyszyła mi podczas wyjazdu nad morze, gdy wiedziałam, że nie będę miała możliwości przyrządzania ziołowych naparów. Dość szybko ją zużyłam, ma przyjemny zapach, nie podrażniła mi skóry głowy, a jej cena jest zachęcająca. W sytuacji podbramkowej - polecam.


Jakiś czas temu wyczytałam u Kosmetycznej Hedonistki o wcierce z kropel żołądkowych. Nie odważyłam się jeszcze na ten krok, bo zioła są dla mnie wystarczające, ale jestem bardzo ciekawa efektów. 



OLEJOWANIE

Olejowanie jest wciąż obecne w pielęgnacji moich nieposłusznych włosów i nie mam zamiaru rezygnować z tego kroku. Nadal hitem jest u mnie olej lniany, ale z czasem polubiłam się również z kokosowym. Zastanawiam się nad wypróbowaniem jakiegoś innego, np. ze słodkich migdałów. 


Dzięki olejom, które nakładam dość często, moje włosy zaczęły się wygładzać. Nie puszą się już tak bardzo, są miękkie w dotyku i błyszczące. Bardzo zależało mi, aby nabrały naturalnego połysku, ponieważ od 1,5  roku nie farbuję włosów i początkowo były matowe. Według mnie oleje to podstawa pielęgnacji!


Niedawno przeczytałam u Delishe o kremowaniu włosów i mam zamiar dowiedzieć się o tym coś więcej. Podobno zabieg ten przeprowadza się podobnie jak olejowanie, ale ciekawią mnie szczegóły.



ODŻYWIANIE

Nie wierzę już w magiczną moc odżywek, raczej stawiam na wcierki i oleje, a odżywki służą mi jedynie do ułatwienia rozczesywania włosów. Ostatnio stosuję ekspresową odżywkę z imbirem Mrs Potters, zakupioną w Biedronce. Zupełnie inaczej sprawa przedstawia się z maskami. Te lubię, nawet bardzo!


Niestety warto wiedzieć, że zioła mogą przesuszyć nasze włosy. Tak właśnie stało się z moimi. Choć z każdym tygodniem traciłam mniej włosów, to jednak stawały się sianowate. Owszem, niezbędne okazały się oleje, ale brakowało mi jeszcze czegoś. To właśnie w tym momencie dowiedziałam się, że odżywki dzielą się na trzy rodzaje - emolienty, humektanty i proteiny (bardzo jasno objaśnia to Kosmetyczna Hedonistka). Znając te rozróżnienie z łatwością można ustrzec się przed zakupem nieodpowiedniego kosmetyku, a tym samym poprawić wygląd swoich włosów. Ja wiem jedno - moje włosy potrzebują emolientów! Obecnie stosuję maskę Kallos Multivitamin i jestem nią zachwycona.


Ponadto zaczęłam również fundować moim włosom maskę w postaci żelu z nasion lnu. Jest to dość czasochłonne, ale warte wypróbowania. Około 2-3 łyżek nasion lnu gotuję w szklance wody przez 15 minut, następnie przecedzam nasionka, a ciepły żel nakładam na umyte włosy, wcierając go również w skórę głowy. Włosy owijam folią, otulam ręcznikiem i czekam godzinę. Po upływie tego czasu żel zmywam letnią wodą. 


ODPOWIEDNIA DIETA I SUPLEMENTACJA

O tym, jak ważna jest odpowiednia dieta bogata w witaminy nie będę Cię przekonywać, bo z pewnością o tym wiesz. Jednak jeśli jesteś, tak jak ja, matką karmiącą to dbaj o nią szczególnie. Ponadto ja wciąż przyjmuję witaminy dla kobiet w ciąży i karmiących piersią oraz dodatkowo łykam cynk. 



* * *


Jesli dobrnęłaś do końca to już wiesz, że to nie jest żadna filozofia. Odpowiednie oczyszczanie, ziołowe wcierki, oleje, odpowiednie odżywki i witaminy - to mój klucz do pięknych, zdrowych włosów. U mnie ten plan się sprawdza i mam nadzieję, że u Ciebie również zadziała. 

Co mogłabym dodać? 
  • Nie myj włosów gorącą wodą, a letnią;
  • Nie trzyj ręcznikiem. Delikatnie odsącz nadmiar wody.
  • W miarę możliwości pozwól im wyschnąć naturalnie.
  • Nie szarp przy czesaniu, najlepiej użyj do tego grzebienia z szerokim rozstawem zębów. 
  • Unikaj wysokiej temperatury w pielęgnacji.

wypadanie włosów

wypadanie włosów


To tyle i aż tyle. Życzę Tobie i sobie cierpliwości, bo o włosy naprawdę warto dbać. Przecież to ma być nasza ozdoba, a nie zmora! Będę zachwycona, gdy podzielisz się swoimi sposobami na ujarzmienie niesfornych włosów. A jeśli jesteś mamusią, to może masz jakiś patent na małego włosowego sadystę? Lilusiowa fascynacja moimi włosami jest z każdym dniem coraz silniejsza i obawiam się, że nawet jak już zapanuję całkowicie nad wypadaniem, to moja córka pozbawi mnie ich doszczętnie. Musi ich dotykać przy karmieniu, przy zasypianiu, przy ubieraniu, przy zabawie... RATUNKU! :)



Recenzja powieści "W cieniu" Diane Chamberlain

Recenzja powieści "W cieniu" Diane Chamberlain

w cieniu diane chamberlain


Podobno wiara czyni cuda. Otwiera zamknięte drzwi. Dodaje siły, aby radzić sobie z tym, co przygniata i ciąży tak bardzo, że czasami brakuje tchu. Pozawala dostrzec więcej, a czasami pokazuje to, czego może tak naprawdę nie ma. 


To właśnie z taką wiarą mierzyłam się, czytając najnowszą powieść Diane Chamberlain, W cieniu. Niezachwianą, pełną nadziei i miłości. Wiarą, która przekracza granice rozumu. Bo gdy w grę wchodzi zdrowie i szczęście tych, których się kocha, wszystko inne schodzi na dalszy plan. Okrywa je cień. 


 W cieniu Diane Chamberlain


w cieniu diane chamberlain


W takich chwilach, gdy nie rozpamiętywał bólu i poczucia straty, zadawał sobie pytanie, czy to spotkało jego rodzinę nie bez przyczyny. Jaką miał wyciągnąć z tego naukę? Nie widział żadnej. Tylko okrutny żart okrutnego Boga.

To, co gnębi Liama jest pewnie bliskie każdemu, komu choroba zabrała ukochaną osobę. Liam - jeden z głównych bohaterów powieści Chamberlain. To młody mężczyzna, który połowicznie stracił żonę. Pewnie zastanawiasz się, dlaczego połowicznie? Bo jego żona, Mara żyje, ale jest sparaliżowana od czasu porodu ich synka. Jedyną formą kontaktu jest uśmiech, który automatycznie pojawia się na twarzy kobiety. 


Liam nie jest w tym sam. Ma Sheilę - teściową, która pomaga mu w wychowaniu rocznego synka. Jest także Joelle, przyjaciółka jego i Mary, która na równi opiekuje się nieuleczalnie chorą kobietą. Niemniej każdego dnia Liam czuje, że jego życie utknęło w martwym punkcie. Poczucie odpowiedzialności nie pozwala mu ruszyć naprzód, a każdy krok ku normalności wywołuje w nim falę wyrzutów sumienia. To właśnie jest również powodem, dla którego odtrąca Joelle - swoją powiernicę, bratnią duszę, współtowarzyszkę w cierpieniu. 


Joelle. Choroba przyjaciółki niesamowicie ją poruszyła, dlatego z łatwością przychodzi jej niesienie pomocy najbliższym Mary. Kobieta tak bardzo angażuje się w ich życie, że jest w stanie usunąć w cień własne potrzeby, aby zagwarantować im spokój. Oddanie i lojalność sprawiają, że Joelle łamie swój własny kodeks wierzeń i zwraca się o pomoc do uzdrowicielki, która rzekomo wiele lat temu uratowała jej życie.



w cieniu diane chamberlain



Chamberlain ponownie porusza wrażliwe nuty czytelnika, bo W cieniu to bardzo emocjonalna książka. Ukazuje dylemat młodego mężczyzny, który choć stracił bezpowrotnie żonę, nadal czuje się w obowiązku trwać przy niej. Jednocześnie skazując siebie i maleńkie dziecko na życie w niepełnej rodzinie. Ponadto bardzo ciekawie zarysowana jest tu postać matki Mary - kobiety, uparcie wierzącej, że jej córka kiedyś wyzdrowieje i przytuli swojego synka. Tym samym Sheila nie dostrzega, jak wielką presję wywiera na Liamie. Chamberlain przedstawiając relacje teściowej i zięcia, dała czytelnikowi namiastkę tragedii, jaka spotyka rodziny dotknięte tak ciężką chorobą. Wybory, przed którymi stawia je los czasami oscyluje wokół decyzji etycznie wątpliwych, a z pewnością dyskusyjnych. 


Choroba Mary, która staje się niemym bohaterem powieści W cieniu, to tylko punkt wyjścia dla poruszenia przez autorkę tematyki medycyny alternatywnej. Czasami osoby na co dzień twardo stąpające po ziemi, związane zawodowo z medycyną konwencjonalną stają się bezradne w obliczu cierpienia. I to właśnie wtedy są gotowe wyrzec się swoich przekonań, lat nauki, przekroczyć granice wyznaczone przez umysł, aby pomóc tym, których kochają. 


W książce W cieniu, podobnie jak we wszystkich powieściach Diane Chamberlain, można dostrzec pewną klamrę, spinającą całą opowieść w spójną całość. Tajemnica z przeszłości to ulubiony motyw autorki, którym często posługuje się tworząc swoje historie i to właśnie ona połączy wszystkich bohaterów powieści. Ponadto Chamberlain ponownie wykorzystała retrospekcje, dzięki czemu akcja toczy się dwutorowo, aby zbiec się pod koniec powieści.


Na uwagę zasługuje również tytuł, który jest bardzo trafny. Cień otula wszystkich bohaterów niczym mgła. Każdy z nich musi mierzyć się z konsekwencjami dokonywanych wyborów lub splotami okrutnego losu, często spychając w tytułowy cień własne pragnienia.


Chamberlain kolejny raz mnie nie zawiodła. Otrzymałam niebanalną historię, która skłania do refleksji i dyskusji. I choć po przeczytaniu już wielu książek autorki zaczynam zauważać pewne niedociągnięcia - niektóre wątki aż się proszą o więcej - to jednak wciąż są to powieści, które nie pozostają obojętne. W cieniu nie zmieniła mojego życia, ale z pewnością spędziłam z nią przyjemnie czas.




* * *


DANE TECHNICZNE

W cieniu Diane Chamberlain
Seria: Kobiety to czytają!
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
ISBN 9788380694286


Recenzje innych książek Diane Chamberlain:

Bułki pszenne ze słonecznikiem

Bułki pszenne ze słonecznikiem

bułki pszenne ze słonecznikiem


Zadziwiające z jaką łatwością można zaczarować prozaiczne czynności i sprawić, że jawią nam się wyjątkowymi. Ot, zwykły posiłek. Wystarczy zatrzymać się na chwilkę, wyzbyć się tego codziennego pośpiechu. Wiem, że Twój dzień i tak wyprzedza Cię wciąż o pół kroku. Ja też tak mam. Pracuję nad tym - przedłużam godziny, rozciągając minuty jakby były z gumy. Przytrzymuję jedną nogą sekundy, aby choć odrobinę wyjść drugą nogą przed szereg obowiązków i zadań. I wiesz, nie zawsze mi się udaje. Przegrywam z tym, co muszę. Jednak każdego dnia staram się spojrzeć na te zwykłe sprawy uważniej. Świadomie planuję je, aby docenić, że w tej szarości można odnaleźć jakąś pozytywną barwę. Czasami to właśnie codzienność wychodzi mi naprzeciw i ułatwia mi wpasowanie mojego dnia w rytm slow life.


Ostatnio tak bardzo zajęłam się porządkami - myciem okien, praniem, prasowaniem i w tym wszystkim marudzącą Lilką, której zdecydowanie jesienna aura nie sprzyjała, że najzwyczajniej w świecie zapomniałam o zakupach. Obudziłam się dopiero, gdy A. wychodził do pracy na nocną zmianę. Za późno. Musiałam wykrzesać z siebie odrobinę energii i przygotować sobie coś na kolację. Wystarczyła mąka, trochę ciepłej wody i drożdże - tak powstały pyszne pszenne bułeczki, które w ostatnich dniach robią furorę u nas w domu. 



Bułki pszenne ze słonecznikiem


bułki pszenne ze słonecznikiem


Lista składników


(proporcje na około 9 bułeczek)

  • 500 g mąki pszennej;
  • 200 ml ciepłej wody;
  • 1,5 dag świeżych drożdży;
  • 2 łyżki miękkiego masła;
  • 1,5 łyżeczki cukru;
  • szczypta soli;
  • garść łuskanego słonecznika (opcjonalnie: pestki dyni, siemię lniane; otręby itp.).


Sposób przygotowania


Drożdże rozkrusz palcami i rozpuść w ciepłej wodzie, dodaj cukier, przesianą mąkę, szczyptę soli, masło, słonecznik. Wszystkie składniki dokładnie połącz, a następnie przez około 10 minut wyrabiaj ciasto aż uznasz, że jest wystarczająco miękkie i elastyczne. Przykryj je ściereczką i odstaw w ciepłe miejsce na około godzinę.


Po upływie tego czasu, ciasto powinno być wyrośnięte. Przygotuj sobie blachę - oprósz ją mąką lub wyłóż papierem do pieczenia. Uformuj bułeczki, delikatnie spłaszczając je od góry. Przykryj ściereczką i pozostaw jeszcze przez chwilę, aby znów trochę podrosły. Przed włożeniem do piekarnika zrób przedziałek na bułeczkach lub krzyżyk.


Bułki piecz w nagrzanym piekarniku do 200 stopni C przez 20 minut.



bułki pszenne ze słonecznikiem

bułki pszenne ze słonecznikiem



Wiesz ile zajęło mi przygotowanie tych bułeczek? 15 minut! Tyle, ile spacer do sklepu po świeże pieczywo. Jestem zachwycona tym przepisem. Jedyne, co może sprawiać trudność to właśnie wykrzesanie z siebie odrobinę dobrej woli i przygotowanie ciasta troszeczkę wcześniej, aby miało czas wyrosnąć. Uwierz mi, że jest to warte zachodu! Wczoraj, robiąc zakupy stwierdziłam, że te kupne nie umywają się do tych domowych. Przede wszystkim masz pewność, co jesz! Ponadto zachwyt na twarzach bliskich jest dla mnie bezcenny, a musisz wiedzieć, że ja uwielbiam karmić innych tym, co wychodzi mi dobrze. 



Serdeczności!



Copyright © 2016 Do utraty tchu - żyj, kochaj, czytaj! , Blogger